Historia odbudowy
lekkiego czołgu rozpoznawczego TK-S

 
Fragment artykułu „Pasja na…gąsienice i silnik” autorstwa Pani Joanny Kosmalskiej
 
  ...zapewne ów cienki pancerz był powodem, że Henryk Nowosielski, walczący w roku 1939 w 91. dywizjonie wystawionym przez 4. Batalion Pancerny, w ramach Armii Modlin, został ranny. Pocisk przebił pancerz i spowodował pożar. Poparzony, wydostał się z płonącego czołgu, po kilku dniach wrócił do walki i - po raz kolejny ranny - wycofywał się wraz z resztkami batalionu na południe Polski. Wojna wprawdzie na tym się dla niego nie skończyła, ale z wojskami pancernymi, a ściślej - tankietką rozstał się na długie lata, aż do czasu, kiedy inicjatywę w tym względzie przejął jego syn, Zbigniew Nowosielski. 
 
 
   - Od dzieciństwa słuchałem opowieści ojca o walkach wrześniowych. W domu wisiały zdjęcia ojca na tankietce. 
 
 
  Tankietka TKS stała się jego pasją. Nie mając całej, zbierał kawałki - fragmenty pancerza, gąsienicy. Trzy lata temu dowiedział się, że Muzeum Wojska Polskiego sprowadziło z Norwegii jeden egzemplarz.
 
 
  Chciano ją zrekonstruować i on postanowił włączyć się do tego procesu. Kiedy wybrał się do muzeum wraz z ojcem, okazało się, że tankietka jest w prototypowni ZM w Ursusie, gdzie mają przywrócić jej dawny wygląd. Bezcenne w tym procesie okazały się doświadczenie i wiedza ojca.
 
 
  Pracami rekonstrukcyjnymi w Ursusie kierował inż. Stanisław Michalak. Tankietka "po liftingu" pojechała na targi broni do Kielc. Jako "maskotka", o której zaproszonym gościom opowiadał nie kto inny, jak człowiek, który w niej walczył, czyli kpt. Henryk Nowosielski. 
   Tankietka ze rekonstruowanym pancerzem wyglądała wprawdzie jak nowa, ale daleko jej było jeszcze do osiągnięcia pełnej gotowości bojowej. 
    - Cały czas "szturchałem" dyrekcję Muzeum WP, aby mi ją wreszcie dali - wspomina Zbigniew Nowosielski.
 
 
 
Transakcja wymienna
 
  Jako że miłośnicy uzbrojenia tworzą swoisty klan, udał się do swojego dawnego profesora, obecnie kolegi, Feliksa Rawskiego, którego tym pomysłem oczywiście zachwycił i który - mocą swojego autorytetu, rzeczoznawcy Ministerstwa Kultury - uwiarygodnił niejako ów zamiar. Obaj panowie, późną jesienią ubiegłego roku, z teczką pełną dokumentacji technicznej, udali się do muzeum, aby uzyskać zgodę na... zabranie tankietki i wykonanie prac remontowych i rekonstrukcyjnych.
 
 
  Udało się. Znowu dzięki prof. Rawskiemu, który podpisał "cyrograf" - jak mówi - na niebagatelną sumę pół miliona złotych. Podpis, jak wspomina, składał drżącą ręką, ale wyszedł z założenia, że tankietki nikt jednak nie ukradnie. 
   Kiedy Zbigniew Nowosielski brał TKS, były w niej tylko most i skrzynia biegów. Silnik też mu przekazano, ale była to po prostu kupa złomu. 
   - Silnik - taki sam, jak oryginalnie montowany w tankietce - odnaleziony został w wozie strażackim w Muzeum Pożarnictwa w Alwerni koło Krakowa. Dyrektor Muzeum WP pomógł nam i ułatwił wypożyczenie owego wozu. Ponieważ silnik w nim był uszkodzony, mieliśmy go naprawić, a jednocześnie, na jego podstawie, zrekonstruować drugi do tankietki. 
 
 
  Pojechaliśmy od razu i trzy dni później wóz strażacki wylądował w zaprzyjaźnionym warsztacie samochodowym pod Warszawą. 
  Rozpoczął się pierwszy etap rekonstrukcji silnika. Kilkanaście godzin trwało jego wymontowywanie. Poszczególne części były pieczołowicie segregowane, śrubki umieszczane w oddzielnych pudełkach, by nic nie zginęło. 
 
 
  Następny etap stanowiło wymiarowanie części, aby można je było odtworzyć.
  Wykonywano je w przeróżnych warsztatach. Dodajmy, przez ludzi, którzy chcieli i wierzyli, że da się to odtworzyć. Nie była to, bowiem kwestia jedynie prostego odwzorowania, trzeba było używać i dawnych technologii, i materiałów takich jak w oryginale. 
   - Okazało się, że szyjki wału korbowego trzeba szlifować, a potem odlać łożyska w stopach korbowodów. Problemem okazała się kompozycja, z jakiej były zrobione. Szukałem takiej. W końcu udało się ją znaleźć w Mińsku Mazowieckim, w warsztacie "z tradycjami", prowadzonym przez pana Tomasza Roguskiego. Chciałem, żeby to miało duszę, żeby było zrobione, jak kiedyś.
 
 
 Rekonstrukcja silnika trwała miesiąc.  
 
  Nie było pośpiechu, zrobiliśmy tzw. krótki silnik i on sobie stał. W tym samym czasie chcieliśmy uruchomić tankietkę na naprawionym, wyjętym z wozu strażackiego, ponieważ podejrzewałem, że jest wiele innych mankamentów. A najlepiej było wyłowić je podczas eksploatacji z wykorzystaniem sprawnego, dotartego silnika. Chciałem także sprawdzić układ jezdny i hamulcowy. Ponadto dyrektor muzeum prosił, aby na 11 listopada tankietka była na chodzie, żeby można ją było zaprezentować.
 
 
  Dwa dni wcześniej zainstalowaliśmy więc silnik i... nic. Podjęliśmy kolejną próbę, ale silnik nie dał się uruchomić. Ktoś uzupełnił olej w moście napędowym i w skrzyni biegów licząc, że stary olej wymiesza się z nowym. Był już późny wieczór. Podgrzaliśmy skrzynię biegów, usunęliśmy olej i przepłukaliśmy naftą. Wydawało się, że wszystko jest w porządku, a tym czasem silnik dalej nie zapalał. Zadzwoniłem do ojca i powiedziałem, że chyba się poddamy, bo prawdopodobnie przestawił się napęd rozrządu. Ojciec spokojnie wysłuchał i spytał: "Jak synu ustawiałeś zapłon?" Wszystko, po kolei, wytłumaczyłem. "Dobrze - usłyszałem - tylko, że w tym silniku wałek aparatu zapłonowego obraca się w lewą stronę, inaczej jak w większości silników". Przełożyliśmy kable i silnik wreszcie "zagadał". 
   Skończył się drugi etap.
 
Skatowane szczęki
 
   - Postanowiliśmy łowić niesprawności w testach terenowych. No i zaczęło się. Silnik się grzeje, tankietka nie skręca jak potrzeba, coś piszczy, hamulce nie działają... Kolejne narady z ojcem. Żeby się dostać do hamulców, zdjęliśmy gąsienice, aby możliwe było zdjęcie kół napędowych. Kiedyś było do tego odpowiednie narzędzie, teraz musieliśmy sami je zrobić. Bębny hamulcowe, które w oryginale miały kształt cylindryczny, były pogięte i zdeformowane - ktoś wcześniej demontował je za pomocą... młotka. Ponadto, zamiast zadbać, aby było jak w oryginale, uznał, że jeśli wyprostuje szczęki i spowoduje liniowy kontakt z bębnami, będzie lepiej. Wyprostował więc, a ściślej mówiąc - okrutnie je skatował. 
  Na szczęście z pomocą przyszedł kolejny miłośnik motoryzacji i problem został rozwiązany. Pojawił się jednak następny - okładziny hamulcowe. 
 
  
Oryginalne wykonane były z tkanego materiału, w który wpleciono nici miedziane służące do odprowadzania ciepła w procesie hamowania. Udało się je zdobyć. Kolejna próba w terenie: jeździ, hamuje, jest zwrotny.
  Cała rekonstrukcja silnika, układu jezdnego i hamulcowego zajęła trzy miesiące. 
   - W tym czasie, pomiędzy poszczególnymi jazdami w terenie, pracowaliśmy jednocześnie nad odbudową deski rozdzielczej, zrobiliśmy przegląd zbiornika, a ściślej dwóch, które są w tankietce. Trzeba je było wyśrutować, przejrzeć przewody, poprawić szczelność. Problemem stwarzała chłodnica. W archiwalnych materiałach sprawdzaliśmy, jak wyglądało jej mocowanie. Znalazłem wzór, zaprojektowałem model, wykonałem, działał. Sprawdziliśmy. 
 
 
  Do dzisiaj nie ma wentylatora chłodnicy. Jest zastępczy. 
   - Nawiązałem kontakt z Jackiem Kopczyńskim z Łodzi, który - jak się okazało - miał u siebie tankietkę na chodzie, tyle że z innym silnikiem. Zawarliśmy układ: on wymontuje i da mi na wzór wentylatora, ja w rewanżu wykonam i dam mu rysunki wykonawcze chłodnicy. 
 
 
   W tej chwili tankietka stoi w garażu pana Nowosielskiego. Na razie bezterminowo, bo muzeum się o nią nie upomina. Ponieważ trzeba było zwrócić wóz strażacki, więc silnik z tankietki został wyjęty i wrócił do wozu, a na jego miejsce wszedł silnik zrekonstruowany. Rozpoczął się ostatni już etap - docieranie zrekonstruowanego silnika.
 
Zabytki w ruchu
 
   Pomijając czystą przyjemność, jaką niewątpliwie obydwaj panowie Nowosielscy odczuwali podczas rekonstrukcji tankietki, z całego przedsięwzięcia mogą wyniknąć także korzyści dla innych. 
   - Uświadomiliśmy dyrekcji muzeum, że zdecydowanie lepiej by było, gdyby sprzęt, jaki posiadają, był na chodzie. Nawet współczesny samochód, jeśli postoi kilka lat w garażu, nie będzie sprawny. A co dopiero, jeśli chodzi o pojazdy zabytkowe! Dobrze by było, aby muzeum wypożyczało pojazdy grupom rekonstrukcyjnym, bo nawet intensywna eksploatacja jest lepsza od bezczynności. Tym bardziej że takich, jak my, miłośników jest wielu, więc chętnych z pewnością nie zabraknie.
 
 
  Obecnie opracowuję, zlecone mi przez muzeum, procedury utrzymania niektórych pojazdów w gotowości "bojowej" - jak często mają być uruchamiane, jakim powinny być poddawane zabiegom. Zaczynam oczywiście od tankietki, potem przyjdzie kolej na inne pojazdy. 
JOANNA KOSMALSKA 
Fot. z arch. Zbigniewa Nowosielskiego i płk. Jerzego Świderskiego
 
 

Dane kontaktowe

mgr inż. Zbigniew Nowosielski
Ptaki 11
05-332 Siennica
kom 698-686-156
.